sobota, 17 grudnia 2016

Święta, Święta i... Mikołaj! - część 2

0

Moja serdeczna przyjaciółka, Lady Makbet (ta, która nieświadomie zainspirowała mnie do założenia tego bloga), poruszyła na swoim blogu ostatnio temat Mikołaja i tego, czy mówić dzieciom, że istnieje, czy od razu postawić sprawę jasno. Zamiast zasypywać jej posta przydługim komentarzem, prawdopodobnie na dodatek takim, który nie odpowiedziałby na to pytanie, postanowiłam napisać coś tutaj. To trochę wyznanie, po którym pewnie zostanę w poniedziałek wysłana na badania psychiatryczne, ale trudno, może jakimś cudem się okaże, że nie jestem w tym odosobniona. Prawda jest taka, że wierzę w Świętego Mikołaja. Oczywiście nie w takiego co robi "hoł hoł hoł", zjada ciastka amerykańskich dzieci (zostawianie ciastek i szklanki mleka na noc dla Mikołaja uważam za świetny zwyczaj, swoją drogą), a jakby tego było mało wie, kto był grzeczny a kto nie. Wierzę w Mikołaja tak jak wierzy się w anioły, w cuda itp. Mikołaj to dla mnie taki dobry duch Świąt. Magia która sprawia, że coś topnieje w zlodowaciałych sercach, która zbliża do siebie ludzi. A nawet to, że akurat w Wigilię pada śnieg, choć miało go wcale nie być.
Tak sobie myślę, że z wiarą w Świętego Mikołaja jest trochę jak z wiarą we wróżki w Piotrusiu Panu - jeśli się w nie nie wierzy, to umierają. Może ludziom potrzeba trochę więcej wiary w Mikołaja, w renifery, w zwierzęta mówiące ludzkim głosem o północy. Jeśli się cały czas biegnie i nie zwraca uwagi na drugiego człowieka, to można przegapić cuda. Przestaje się wierzyć i magia Świąt powoli umiera.
Nie byłam naiwnym dzieckiem, wiedziałam, że za Mikołaja przebiera się dziadek, czy wujek (chociaż może jak byłam małym małym dzieckiem, to wierzyłam, że to Mikołaj... nie pamiętam). Z perspektywy czasu uważam, że to było fajne, to całe udawanie, staranie się rodziny. Niby to wujek musiał pojechać po coś do pracy, a potem przychodził Mikołaj. A jak nie mógł się przebrać, to mnie i brata czymś zajmowano, dzwonił dzwonek do drzwi, a potem pod choinką były prezenty. "Dopiero co wyszedł Mikołaj, może jeszcze go zobaczycie przez okno." Uśmiecham się teraz jak to wspominam. Nie czułam się oszukiwana.
Z bratem mieliśmy "okropny" zwyczaj szukania prezentów jeszcze przed Świętami. Wiedzieliśmy gdzie rodzinka je ukrywa. To było jak szukanie skarbów. "Niestety" zwykle były już zapakowane, ale i tak lubiliśmy zgadywać co może się w nich kryć i który jest dla kogo. W tamtych czasach największy wydawał się być najlepszy.
Potem przestaliśmy być dziećmi, pojawili się w rodzinie młodsi od nas i przestaliśmy być w centrum uwagi. Już nie dla nas była szopka z Mikołajem. Dzieciństwo się skończyło.

Na koniec opowiem historię, która dla mnie zdarzyła się na prawdę, choć logika mówi, że to musiał być sen, bo takie rzeczy się nie zdarzają... prawda? Byłam małym dzieckiem. Musiałam mieć mniej niż 5 lat, bo to było jeszcze w "starym domu". Jeśli dobrze pamiętam, to wracałam od babci, która mieszkała wówczas kawałeczek od nas (minutę drogi dziecięcym biegiem). Było już ciemno. Wybiegłam zza zakrętu i zobaczyłam sanie Świętego Mikołaja. Właśnie odlatywał. Dosłownie sanie oderwały się od ziemi i poleciały w ciemną noc. Logika mówi, że to sen, ale jakaś cząstka mnie pragnie wierzyć, że to była prawda. Doświadczyć prawdziwej magii... Któż by tego nie chciał?

Kochana Lady Makbet - moja odpowiedź na pytanie czy mówić dziecku, że Święty Mikołaj istnieje czy nie - to mówić, że istnieje. Nie próbować wmawiać na siłę, że przebrany wujek to prawdziwy Mikołaj. Można przecież powiedzieć, że to jego pomocnik. Dzieci głupie nie są i szybko się orientują, że coś tu jest nie tak. Ale z perspektywy czasu doceniam, że chciało im się to dla nas robić, przebierać, wymyślać jakieś historie, byleby zrobić nam przyjemność. Rozczarowanie kiedy dziecko dowiaduje się prawdy pewnie jest duże, ale zostają potem fajne wspomnienia, które docenia się jako dorosły.


0 komentarze:

Prześlij komentarz